Mój sprzęt na siłownię? Ech… Przychodzi w życiu mężczyzny taki moment, że oponka wokół pasa zaczyna mieć więcej wad niż zalet. Ta jasne… Przychodzi średnio raz na kwartał. Tym razem jednak pomysł na odchudzanie zdecydował się zostać na dłużej (chwilę temu stuknęło pół roku).

Jednym ze sposobów na przypieczętowanie i utrwalenie nawyku jest zaopatrzenie się w stosowne gadżety. Ja to nazywam swego rodzaju legitymizacją. W moim przypadku sprawdza się niemal zawsze. Bo skoro już mam te wszystkie urządzenia, jak mogę teraz przestać ćwiczyć i się odchudzać?

Mój sprzęt na siłownię, czyli co?

Szafiarką nie jestem, stylówki na miarę internetów też nigdy raczej nie miałem. Nie będę się zatem chwalił spodenkami i koszulkami. Na nic Wam te informacje. Diety też raczej ujawniał nie będę, bo dietetyk ze mnie żaden i całą swoją wiedzę na ten temat chłonę od innych. Będzie o tym, co w życiu i odchudzaniu najważniejsze (ehe…): gadżetach, sprzęcie, apkach na siłownię – jak zwał tak zwał.

Słuchawki – Plantronics BackBeat Fit

Plantronics BackBeat Fit

Nie jest to topowy model z kategorii „fitness” i dlatego też nie należy oczekiwać od niego zbyt wiele. Dziś BackBeat Fit „chodzą” w sklepach internetowych po ok. 300 złotych. W zamian otrzymujemy fajną konstrukcję z gumowanego tworzywa, bardzo dobrze trzymające się uszu zaczepy oraz tajemniczą nanopowłokę, która ma chronić urządzenie przed potem i wodą.

Model ten został pierwotnie zaprojektowany z myślą o bieganiu. Ja go używam z powodzeniem na siłowni i spisuje się znakomicie. Niemniej muszę przyznać, że nie gra rewelacyjnie i nie izoluje zbyt skutecznie dźwięków otoczenia (taki zamysł producenta, który tłumaczy to bezpieczeństwem biegającego na drodze). Głównym jego atutem jest wygoda. Bateria rozładowuje się średnio po 2-3 dwugodzinnych sesjach. Jej żywotność zdecydowanie nie jest atutem tego sprzętu.

W zestawie otrzymujemy etui na smartfona. Nie jest ono jednak zbyt duże. Nexus 6 nie wlazł, co mnie w sumie nie dziwi. LG G5 (5,3″) też nie wcisnąłem i to już mnie trochę rozczarowało. Może producent nie przewidział, że potencjalny użytkownik będzie posiadaczem innego smartfona niż iPhone?

Smartwatch – Basis Peak

smartwatch Basis Peak pulsometr

O pulsometrach w smartwatchach mówi się, że to generatory liczb losowych – za każdym razem pokazują co innego. W przypadku Basis Peaka sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Urządzenie wyposażono bowiem optyczny pulsometr, który jest przez cały czas aktywny, a przy tym zaskakująco precyzyjny. Skąd wiem? Pomiary z Peaka są bowiem bardzo mocno zbliżone do tych, które podają maszyny treningowe na siłowni (a tam sensory działają naprawdę nieźle).

Na tym oczywiście atuty Basis Peaka się nie kończą. Jest cholernie brzydki, więc zarysowanie go nie wpłynie jakoś znacząco na atrakcyjność (której de facto nie ma). Ok, trochę pewnie przesadzam, ale serio – moim zdaniem design tego smartwatcha przywodzi trochę na myśl wyrośnięty zegarek Casio z połowy lat ’90. I też nie jestem przekonany, czy gdyby położyć przede mną oba, nie spodobałby mi się bardziej ten sprzed 20 lat.

aplikacja basis peak fitness sport

Peak ma jednak bardzo fajną aplikację, potrafi monitorować sen i synchronizuje wszelkie dane z Google Fit. Więcej nie potrzebuję – choć na co dzień wolę nosić Geara S2 lub Huawei Watcha. Są po prostu ładniejsze. No ale mówimy o sprzęcie na siłownię, a nie rewii mody.

Apka – Spotify

Spotify trening cwiczenia

Muzyka na siłowni to loteria, dlatego mam zawsze ze sobą słuchawki. Czasy empetrójek odeszły do lamusa, więc do głosu dochodzą serwisu streamingu muzyki. Ja od lat jestem wierny Spotify. Jednym z największych atutów usługi są tematyczne playlisty, które przygotowano z myślą o konkretnych sytuacjach. Tych na siłownię mamy przynajmniej kilka i są stale aktualizowane. Co jednak najważniejsze, za dobór utworów odpowiada ktoś naprawdę rozgarnięty, bo jest on często niemal perfekcyjny. Jeżeli przygotowuję się na bicie rekordów w wyciskaniu, odpalam „One more rep” i czuję się doładowywany niczym mieszanką podtlenku azotu. Nie wiem, czy na każdego zadziała to podobnie, ale warto spróbować.

Apka – Netflix

netflix silownia

Po treningu z ciężarami przychodzą smutne chwile z cardio. Nie lubię tej części, bo zwyczajnie mnie nudzi. I tutaj na ratunek przychodzi apka Netfliksa. Jej działania chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba – się klika i leci serial. Nie mam zbyt wiele czasu na oglądanie ich w domu, więc połączenie treningu z odcinkiem jest fantastycznym sposobem na zaoszczędzenie kilkudziesięciu minut. Najważniejsze jednak, że w ten sposób 40 minut na maszynie eliptycznej upływa z prędkością światła. Ufff…

Apka – Google Fit

google fit silownia

Podobno rozwój technologii i wszelkiego rodzaju sensorów sprawił, że świat oszalał na punkcie monitorowania wszystkiego, co popadnie. I faktycznie coś w tym jest. W sklepach z aplikacjami znajdziemy dziesiątki (jeśli nie setki) produkcji służących monitorowaniu aktywności fizycznej. Nie ukrywam, że nie lubię wychodzić poza raz obrany ekosystem usług, więc wiernie trzymam się tego, co ma do zaoferowania Google. A ma relatywnie sporo – Fit jest swoistym hubem, do którego mogą spływać dane o aktywności z wielu innych urządzeń oraz serwisów. To naprawdę się przydaje, bo potem informacje te nie są rozsiane po wielu bazach. Niestety, ciągle rozwiązaniu temu brakuje sporo do ideału, bo np. taki Samsung obraził się na serwisy Google’a i nie zapewnia synchronizacji z Fitem…. Wstyd.

Jaki jeszcze sprzęt warto zabrać na siłownię?

To tyle. Mało? Dużo? Mój zestaw sprzętu na siłownię nie jest szczególnie rozbudowany, ale zdecydowanie nie zamierzam tego zmieniać. Widok obwieszonego elektroniką gościa na siłowni wywołuje co najwyżej pobłażliwy uśmiech na twarzy. Otóż niezależnie od tego, co ze sobą zabieramy, liczy się tylko to, żeby wycisnąć z siebie jak najwięcej. I żadne słuchawki, zegarki czy aplikacje tego nie zastąpią – mogą co najwyżej delikatnie wspomóc. Warto też znać umiar – obwieszony elektroniką początkujący bywalec klubu fitness wygląda, delikatnie mówiąc, dziwnie.