Restartowanie serii stało się ostatnio modne. Tym razem przyszła kolej na panią archeolog, która w najnowszej odsłonie serii Tomb Raider została odmłodzona, pozbawiona majątku i rzucona w samo serce tajemniczej wyspy nieopodal Japonii. Czy wyszło jej to na dobre i gra daje tyle satysfakcji oraz frajdy, ile powinna? Przekonajmy się.

Po niezwykle udanym restarcie serii Devil May Cry, o którym pisałem jakiś czas temu, przekonałem się, że zrywanie z dotychczasową tradycją niekoniecznie musi być kompletną katastrofą i wywoływać fale nienawiści wśród graczy w kierunku twórców. Chciałem też wierzyć, że nowa Lara Croft tylko utwierdzi mnie w tym przekonaniu.

[youtube id=”_7eghLVwqE8″ width=”590″ height=”350″ align=”center” caption=”Jeden z trailerów nowego Tomb Raidera”]

Seria o pięknej pani archeolog nie miała szczęścia w ostatnich latach. Tak naprawdę chyba można napisać, że jej fenomen skończył się wraz z czwartą odsłoną zatytułowaną The Last Revelation, w której to w ostatniej scenie twórcy uśmiercili bohaterkę. Jak to jednak w branży (i nie tylko) bywa, kur znoszących złote jajka się nie ubija. Według tej dewizy powstawały kolejne produkcje o przygodach Lary Croft – będący jedną wielką retrospekcją Chronicles czy szumnie zapowiadany przeciętniak numer sześć – The Angel of Darkness. Dopiero w 2008 roku, Tomb Raider: Underworld rozpalił na nowo światełko nadziei i przyjął się względnie dobrze w środowisku graczy. Ciągle jednak brakowało tego solidnego tąpnięcia, które znów wzniesie pannę Croft na piedestał jako obiekt westchnień nerdów na całym świecie.

Tomb Raider, który jest obiektem dzisiejszej recenzji teoretycznie nie powinien nas niczym zaskoczyć. Za grą stoi to samo studio – Crystal Dynamics. Nie zmienił się też wydawca produkcji – to ciągle ten sam Eidos Interactive, tylko przejęty i przemianowany na Square Enix. Mimo to zdecydowano się znów zacząć serię na nowo. Czy tym razem z sukcesem?

     

    Wróćmy do czasów młodości…

    Jak już się pewnie domyślacie, Lara Croft została w Tomb Raiderze znacznie odmłodzona. To już nie ta emanująca testosteronem wojownicza archeolog kreowana na modłę starożytnej amazonki. Tutejsza Lara to badaczka gór, młoda i skromna studentka, która jest jedynie częścią zespołu badawczego kierowanego przez znanego archeologa przygotowującego program telewizyjny. Rozczarowani? Bez obaw, zanim się obejrzycie nasza bohaterka znajdzie się niebezpiecznie blisko swojego pierwowzoru z poprzednich części. Wystarczy odrobina cierpliwości.

    Zanim tak się jednak stanie, czeka nas sztorm i katastrofa, która wyrzuci całą załogę statku u wybrzeży owianej tajemnicą wyspy nieopodal Japonii. Na życie rozbitków czyhają nie tylko dzikie zwierzęta i natura, ale też grupa okultystów, którzy przed laty zostali uwięzieni w tym miejscu. Tak, dobrze przeczytaliście – uwięzieni. Okazuje się bowiem, że wyspa kryje mroczną tajemnicę, a jest ona związana z pradawnym królestwem Yamatai, które budziło trwogę nawet wśród ówczesnych mocarstw za sprawą obdarzonej nadnaturalnymi zdolnościami królowej.

    Oczywiście nasza bohaterka będzie musiała stawić temu wszystkiemu czoła, co nie będzie ani proste ani tym bardziej przyjemne (na pewno dla niej – dla nas już bardziej). Grę rozpoczynamy podczas gdy Lara jest bezbronną i wręcz bezradną ofiarą. Crystal Dynamics zadbało byśmy niemal na własnej skórze odczuli, co to znaczy ból i cierpienie, jakich doświadczy dziewczyna. Poruszamy się zatem niemal po omacku – organizujemy prowizoryczny obóz, uciekamy przed oczami nieprzyjaciół, a każde przerażające miejsce staramy się możliwie najszybciej opuścić. Z czasem jednak Lara Croft ewoluuje, co jest o tyle fantastyczne, gdyż dzieje się na naszych oczach. Crystal Dynamics zadbało byśmy niemal na własnej skórze odczuli, co to znaczy ból i cierpienie, jakich doświadczy dziewczyna. Nie oszczędzili nam niczego – widoków krwi, makabrycznych ran i setek wywołujących dreszcz na plecach spazmatycznych jęków oraz okrzyków. Przyznać muszę, że jest to bardzo efektowne, ale też jednocześnie zupełnie oderwane od rzeczywistości. Lara przeżywa bowiem katusze, których nie powstydziliby się najbardziej przepakowani bohaterowie kina akcji. Zdawać by się mogło, że twórcy w pewnym momencie kompletnie zatracili granicę, a wraz z nią świadomość, że na ekranie mamy wątłą, młodą dziewczynę, a nie nafaszerowanego sterydami osiłka. A może się mylę i jest to efekt w stu procentach zamierzony?

    Ewolucja głównej bohaterki angażuje gracza bez końca i sprawia, że przywiązujemy się do tej nowej Lary. Staje się ona dla nas wzorem determinacji, walki i samozaparcia. Nawet w pewnym momencie można przymknąć oko na to, że ów wzór zdołał już w trakcie wszystkich potyczek wyprawić na tamten świat kilka tuzinów przeciwników. Po prostu tej bohaterki nie da się nie lubić, a główna w tym zasługa m.in. fenomenalnej Karoliny Gorczycy, która podłożyła głos w polskiej wersji językowej gry. Widać, że aktorka dała z siebie wszystko (wystarczy poszukać w sieci wywiadów, w których opowiada, jak biła się w brzuch by brzmieć naturalnie). W moim odczuciu był to strzał w dziesiątkę, bo Gorczyca nie tylko porządnie wykonała swoją pracę, to zwyczajnie pasuje do wizerunku młodej Croftówny.

    Jeżeli ktoś kazałby mi opisać nowego Tomb Raidera w dwóch słowach, byłyby to: krwawy i dynamiczny. Jak zdążyłem już wspomnieć, twórcy nie oszczędzają nam brutalnych i makabrycznych widoków. Jeżeli ktoś kazałby mi opisać nowego Tomb Raidera w dwóch słowach, byłyby to: krwawy i dynamiczny. Nie dziwi w takim wypadku oznaczenie gry, jako dedykowanej graczom pełnoletnim. Bynajmniej przyczyną nie są rany, jakie odnosi nasza bohaterka, ale też całe otoczenie. W pewnym momencie Lara jest zanurzona po sam czubek głowy w jeziorze krwi. Nie każdemu taka konwencja przypadnie do gustu, to oczywiste. Według mnie jednak, dzięki tym zabiegom gra zyskała na charakterze i sile przebicia. Ten mocny i brutalny klimat jeszcze dobitniej ukazuje nam przemianę zachodzącą w głównej bohaterce i jest świetnym punktem wyjścia do zbudowania wizerunku nowej Lary Croft, na którą w ewentualnych kolejnych odsłonach (czy ktoś w ogóle wątpi w to, że takie powstaną?) będziemy właśnie patrzyli przez pryzmat tych, zapadających głęboko w pamięć wydarzeń.

    • Michał

      kochany panie redaktorze, mam pytanie drobne – jak kobieta może ociekać testosteronem? czyżby lara miała drugie, męskie oblicze? a może po prostu rodzice za młodu ubrali chłopca w sukienkę? chodziło ci chyba tomaszu o estrogen, nieprawdaż? :)

      • Świadomie użyłem słowa testosteron, bo w pewnych (nie wszystkich rzecz jasna) zachowaniach dawna Lara była bardzo hmm… męska. ;) Oczywiście to nie przeszkodziło traktować ją milionom fanów jako wzór seksualności w grach wideo. Właściwie równie dobrze ten brak emanującej kobiecości mógł być też wynikiem ograniczeń technologicznych w pierwszych częściach TR, co trzeba było nadrabiać wyobraźnią ;)