Ostatnio analizowałem swoje miesięczne wydatki, bo zaniepokoiła mnie prędkość, z którą wypłata znika z konta. Po odliczeniu standardowych kosztów życia, rachunków, utrzymania samochodu itp. została mi całkiem przyjemna sumka. Okazuje się, ze równie przyjemnie ją przepuściłem. Na co? Na internety.

Chyba w życiu każdego internauty prędzej czy później przychodzi moment, w którym jest gotowy za coś zapłacić. U mnie taka potrzeba pojawiała się stopniowo. Nie będę ukrywał, że mając kilkanaście lat piraciłem na potęgę: filmy, seriale, muzykę, czasopisma, ebooki. Dziś na dysku nie mam żadnego pliku MP3, regularnie korzystam z platform VOD, odwiedzam e-księgarnie i opłacam abonament Spotify. Ale po kolei.

Spotify

spotify

Od dobrych dwóch lat (a może i dłużej) Spotify spełnia w pełni moje muzyczne potrzeby. A muszę zaznaczyć, że nie są one małe. Słucham muzyki codziennie: w drodze do pracy, podczas pracy nad artykułami, w drodze do domu, podczas odpoczynku, a czasem również przed snem. Mam pięć par słuchawek, z czego trzech używam tylko do wybranych gatunków. Niemniej nie jestem audiofilem, a moje gusta muzyczna są na tyle szerokie, że melomani o wyrafinowanych preferencjach złapaliby się za głowę. Czasem przełączam się na sesję prywatną, żeby posłuchać “zakazanych piosenek”. Wracając jednak do meritum, uważam, że te 20 złotych miesięcznie na dostęp do bazy liczącej ponad 30 mln utworów. Tym samym jestem jednym z 20 mln użytkowników tej platformy, którzy opłacają subskrypcję premium (w sumie dziś ze Spotify korzysta 75 mln osób).

Tym, co jest dla mnie szczególnie ważne, są skuteczne algorytmy podsuwające nowe utwory. Od niedawna w każdy poniedziałek Spotify na podstawie mojej historii układa specjalną playlistę i podsuwa mi utwory. Co najbardziej przerażające, w większości są to strzały w dziesiątkę. Trudno mi sobie wyobrazić życie bez tej platformy. Powiem więcej – kiedyś w ramach prezentu otrzymałem od działu PR Deezera kupon na roczną subskrypcję i wiecie co? Równolegle opłacałem Spotify, bo było po prostu lepsze. Serio!

Ebooki

2015-08-11_234458

Pewnie każdy ma swoje ulubione miejsca do zdobywania ebooków. Dla jednych jest to pewna szwedzka zatoka, dla innych serwis z gryzoniem z rodziny chomikowatych w logo, a dla jeszcze innych jakaś e-księgarnia. Jeszcze do niedawna mogłem siebie zaliczać do pierwszej i drugiej grupy. Od tamtego czasu zostawiłem worek pieniędzy na Ebookpoint. To księgarnia należąca do wydawnictwa Helion, gdzie przeważającą część oferty stanowi literatura specjalistyczna i poradnikowa. O ile dobrze kojarzę, beletrystykę sprzedają od stosunkowo niedawna. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo mnie to obchodzi, bo do tej pory kupowałem u nich tylko i wyłącznie książki o programowaniu, zarządzaniu czasem, motywacji, kreatywności (tak, jestem jednym z tych popaprańców, których jara, kiedyś ktoś im tłumaczy, jak żyć) itp. Dowodem mojej aktywności tutaj niech będzie to, że w programie lojalnościowym dorobiłem się już stałego rabatu 10 proc. na każde kolejne zamówienie. A to sprawia, że pewnie będę kupował jeszcze więcej. Ech…

Druga strona medalu to audiobooki i tutaj moim ulubionym miejscem jest Audioteka, gdzie co prawda nie zostawiłem aż tak okrągłych sumek, jak w Ebookpoint – przynajmniej na razie. Książki audio słucham głównie w drodze do i z pracy. Mam za sobą póki co genialną nagraną wersję Łowcy Androidów (Philip K. Dick), Grand (Janusz L. Wiśniewski) a także Atlas Chmur (David Mitchell). Niedawno odkryłem, że całkiem imponująca kolekcja audiobooków jest też dostępna na Spotify. Moja przygoda z tym formatem na dobrą sprawę dopiero się zaczyna, ale mam wrażenie, że szybko nie skończy.

Gry

steam

Przyznaję się, jestem dużym chłopcem – jednym z tych, którzy z padem w dłoniach czują się jak ryba w wodzie. Moja kolekcja gier zakupionych w dystrybucji cyfrowej na Steam liczy ponad 400 pozycji. Wstyd się przyznać, ale dotąd całkowicie nie przeszedłem nawet 50. Co istotne, gier nie kupuję bezpośrednio na Steam. Moimi ulubionymi miejscami są CDP.pl i Muve.pl, gdzie zaglądam jednak głównie podczas różnego rodzaju promocji. Najwięcej gier kupiłem jednak chyba podczas akcji Humble Bundle. To specjalna forma dystrybucji, w ramach której regularnie oferowane są pakiety gier, za które można zapłacić dowolną kwotę powyżej 1 dolara. Część z wpłaconej sumy idzie do twórców, część do organizatorów akcji, a część na cele charytatywne. Mam zatem poczucie, że robię coś dobrego, a “kupka wstydu” rośnie…

Mam też Xboksa One i PS4. Gry jednak kupuję tylko na platfomę Microsoftu, która jest dla mnie “tą pierwszą”. Tutaj również ograniczam się do promocji, które jednak nie są tak imponujące jak na Steam. Niestety daję się też czasem naciągnąć na mikropłatności i DLC. Raz wpłaciłem parę dolarów w MMORPG Neverwinter. Innym razem zapłaciłem za Kombat Pack z postaciami do Mortal Kombat X czy dodatek do Dragon Age Inquistion. Mam taką dziwną potrzebę posiadania gry w 100 proc. (i przechodzenia jej w 100 proc., dlatego nad sandboksami spędzam długie miesiące), a potem mój portfel gorzko płacze.

Aplikacje

google play

W sumie nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłem aplikację mobilną. Raz nabyty zestaw w gruncie rzeczy mi w 100 proc. wystarcza. Na tej liście znajduje się Nova Launcher w wersji premium, a także najlepszy polski menedżer plików na Androida – Solid Explorer. Kiedyś szarpnąłem się 35 złotych na rozbudowaną aplikację do zarządzania zdjęciami na tablecie oraz wywoływania RAW-ów – PhotoMate R2. Jest naprawdę genialna i potężna. Gier na mobile nie kupuję – kilka razy trafiłem na minę i produkt okazywał się najeżony mikropłatnościami, albo po kilku miesiącach od zakupu przechodził na model free-to-play. Po takich doświadczeniach odechciało mi się – pobieram darmowe tytuły i nie mam wrażenia, że ktoś mnie robi w balona. Co ciekawe, nie mam szczególnie dużego ciśnienia na mikropłatności na mobile i chyba długo się to nie zmieni.

Kiedyś dostałem kod na 50 złotych do wydania w Windows Store. Finalnie skończyło się na tym, że zostawiłem w sklepie ok. 75 złotych, kupując aplikacje do archiwizowania plików oraz odtwarzania multimediów. Programy ze sklepu Microsoftu nie mogą się jednak równać z desktopowymi odpwiednikami i jeszcze pewnie upłynie trochę wody w Wiśle, zanim ulegnie to zmianie. Są dwie aplikacje stąd, które są warte każdych pieniędzy. Pierwsza to genialny czytnik RSS, NextGen Reader. Drugą jest natomiast klient usługi przechowywania artykułów “na później” Pocket o nazwie Latermark. Polecam.

Inne

CheckerPlusForGmail

Na tym oczywiście lista się nie kończy. Mógłbym w sumie wymieniać tak bez końca. Raz do roku przecież opłacam serwer i domenę dla Recenzatora. To też przecież kwalifikuje się do tej kategorii. Jednorazowo zapłaciłem kilka dolarów za premium w rozszerzeniu Gmail Checker Plus dla Chrome, bo je bardzo cenię i chwalę sobie. Co i rusz miewam też epizody z kontami premium w serwisach przechowujących pliki – czasem pobieram hostowane tam treści. Za inne usługi premium nie płacę. Miałem co prawda swego czasu subskrypcję premium w Marvel Unlimited (komiksy Marvela bez ograniczeń), ale szybko okazało się, że nie mam czasu na ich czytanie, więc zrezygnowałem.

Za co jeszcze bym płacił?

netflix

Mimo tych wszystkich wydatków, mam w głowie jeszcze kilka usług, gdzie chętnie zostawiłbym pieniądze. Na pierwszym miejscu tej listy znajduje się Netflix, którego z niecierpliwością wyczekuję. Lubię oglądać filmy i seriale, a ze względu na brak usług, gdzie mógłbym robić to legalnie… no, sami wiecie. Niewykluczone, że skusiłbym się też na subskrypcje Amazonu z ebookami. Tutaj jednak już pojawiła się rodzima alternatywa od Legimi, która działa analogicznie. Jak dotąd jednak się nie skusiłem, może kiedyś. W głowie mam jeszcze subskrypcje premium na kilka czasopism, ale kiedy patrzę na to, jak nędznie wyglądają ich wydania tabletowe, szybko mi przechodzi. Pewnie nieprędko się to zmieni.

Jak widać, jestem internetowo-cyfrowym stworem, a internetowe biznesy mają trochę korzyści z mojej egzystencji. Nie żałuję – większość pieniędzy, które dotąd zostawiłem w sieci była dobrą inwestycją w rozrywkę, przyjemność lub wiedzę. Do internetowego zakupoholika jeszcze mi sporo brakuje, tak sądzę.