Z rozrzewnieniem wszyscy wspominamy czasy, w których na komputerach osobistych królowały produkcje typu Quake II i Doom, czy nawet nieco późniejsze, zdominowane przez takie tytuły jak Serious Sam. Zapewne już nigdy nie będziemy się w taki sam sposób zachwycali tymi grami, ale zawsze możemy liczyć na to, że developerzy wsłuchując się w nasze prośby dostarczą na rynek coś podobnego. Taki właśnie z założenia ma być Alien Rage – oldschoolowy i nie tylko.

Jeśli chodzi o FPS-y, CI Games (dawniej City Interactive) ma na swoim koncie już m.in. Sniper: Ghost Warrior, którego sequel recenzowałem swego czasu na łamach Recenzatora. Alien Rage to nieco inne podejście do tematu. Tutaj założeniem było dostarczenie produkcji bardziej dynamicznej i nastawionej na strzelanie, a nie planowanie. Tutaj założeniem było dostarczenie produkcji bardziej dynamicznej i nastawionej na strzelanie, a nie planowanie. Tym samym developer, wydaje się, na zawsze chce zerwać z wizerunkiem dostawcy produkcji niskobudżetowych (czy wręcz “kioskowych” i pokazać, że jego pozycja nie zależy tylko od jednej marki. Z drugiej strony nikt nie obiecywał, że Alien Rage będzie produkcją AAA, więc i oczekiwania względem tego tytułu nie były wygórowane.

    Wkraczamy do akcji

    Fabuła Alien Rage opowiada o konflikcie ludzi z obcymi, który zapoczątkowała eksploatacja cennego, potężnego surowca na nowo odkrytej Asteroidzie. Okazało się bowiem, że kosmici, mimo początkowo przyjaznych zamiarów i koegzystencji z mieszkańcami ziemi, wolą zagarnąć całe złoża dla siebie. Wyrżnęli zatem w pień całą obsługę placówki i zaszyli się gdzieś w podziemiach. Odpowiedź ze strony ludzi nie była niespodzianką – skoro nie możemy mieć asteroidy, nikt jej nie będzie miał.

    [youtube id=”qfm2rY1swXI” width=”590″ height=”350″ align=”center” caption=”Trailer Alien Rage”]

    Tutaj do akcji wkraczamy my pod postacią elitarnego komandosa (stanowiącego najwyraźniej jednoosobową armię) wysłanego tutaj przez UE, by spacyfikować obcą rasę – prosto, szybko i przyjemnie. Nie jest to historia najwyższych lotów, ale nie o to właściwie chodzi w tego typu produkcjach.  Nie jest to historia najwyższych lotów, ale nie o to właściwie chodzi w tego typu produkcjach. Równie dobrze moglibyśmy bowiem wymyślić historyjkę o tym, że czerwoni nie lubią niebieskich, bo niebiescy są niebiescy. Konflikt obcych i ludzi jest zatem tutaj po to, żeby być, bo tak naprawdę główną oś całej produkcji stanowi akcja.

    Niemniej muszę zaznaczyć, że twórcy wysilili się, by dostarczyć nam nieco więcej wrażeń związanych z opowiedzianą historią. Zrobili to za sprawą nagrań z dziennika pewnej pani doktor urzędującej na asteroidzie. W miarę odnajdywania ich dowiadujemy się kolejnych szczegółów na temat prawdziwych przyczyn konfliktu, a jednocześnie doświadczamy całkiem nieprzewidywalnego zwrotu akcji. Jak na produkcję nastawioną na strzelanie i demolkę to i tak całkiem sporo, zatem do warstwy fabularnej nie mogę mieć tutaj absolutnie żadnych zastrzeżeń. Miała pełnić rolę marginalną i taką też pełni, choć mimo to nie jest do bólu banalna.

    Nasz bohater jest sztandarowym przykładem mięśniaka wyznającego kult dużego kalibru. Jego drętwe żarty wywołują czasem uśmiech na twarzy, ale przez całą produkcję raczej nie poczujemy tutaj żadnej silniejszej więzi. Pozostałe postaci będą z nami rozmawiały przez radio i w ten sposób informowały o kolejnych krokach oraz celach. Z ich ust też padają często dygresje oraz niewybredne dowcipy, z czego znaczna część wydaje się nieco wymuszona.

     

    Trudno, trudniej… AAA!

    W Alien Rage poziom trudności zaczyna się od trudnego i to nie bez powodu. Gra jest wymagająca i wbrew temu, czego się po niej spodziewałem, nie premiuje modelu zabawy, w którym z radosnym okrzykiem wpadamy w hordę nieprzyjaciół i siejemy ołowiem na lewo i prawo. Wystarczy bowiem kilka strzałów, abyśmy szybko musieli rozpoczynać zabawę na nowo od punktu kontrolnego. Wystarczy bowiem kilka strzałów, abyśmy szybko musieli rozpoczynać zabawę na nowo od punktu kontrolnego. Na szczęście te rozlokowane są dość gęsto i nie będzie konieczności przechodzenia połowy poziomu na nowo.

    Jest to o tyle dziwne, gdyż w lewym górnym rogu znajdziemy licznik punktów, którego wartość podnosimy za pomocą eliminowania nieprzyjaciół w ładnym stylu (headshoty itp.). Stosunkowo kiepska żywotność naszego bohatera (na szczęście pasek zdrowia sam się odbudowuje, choć nie pogardziłbym jakimiś apteczkami znajdowanymi na swojej drodze) nie sprzyja skutecznemu podbijaniu wyników. Swoją drogą możemy to robić również w inny sposób – znajdując bonusy, czyli zielone piramidki poukrywane na każdym poziomie (dokładnie po trzy).

    Za zdobyte punkty możemy natomiast odblokowywać atuty, które ulepszają umiejętności bohatera. Zmarnowano tutaj jednak trochę potencjał tego rozwiązania, bo samych atutów nie ma zbyt wielu, a co więcej, żeby je wszystkie wykupić, musimy przejść grę przynajmniej kilka razy. Szkoda, bo zanosiło się na ciekawe i motywujące do zabawy urozmaicenie.

    Jaka strategia sprawdza się tutaj zatem najlepiej? Okazuje się, że niezbędne jest wykorzystywanie rozsianych tu i ówdzie osłon (niestety niezniszczalnych, przez co zabawa traci na realizmie), zza których możemy eliminować po kolei nieprzyjaciół. Sęk w tym, że twórcy nie przewidzieli dla naszego bohatera szeregu czynności, jak skakanie czy wychylanie się na boki. W rezultacie spektrum możliwości jest dość ograniczone i zmusza nas do intensywnego kucania oraz biegania.

    Bieganiu nie sprzyjają natomiast dość ciasne lokacje, w których trudno o boczne korytarze czy miejsca, gdzie można na chwilę odetchnąć. Zamiast tego gra zmusza nas do wycofywania się tą samą drogą, którą przyszliśmy. Wobec nierzadko uzbrojonych w wyrzutnie rakiet i miniguny przeciwników może to być problemem. Na szczęście dość często napotykamy na swojej drodze beczki, które niszczą okoliczne konstrukcja, a przy tym skutecznie spędzają sen z powiek naszym przeciwnikom. Na szczęście dość często napotykamy na swojej drodze beczki, które niszczą okoliczne konstrukcja, a przy tym skutecznie spędzają sen z powiek naszym przeciwnikom.

    Dostępny arsenał nie jest w Alien Rage może zbyt oryginalny. Natrafimy bowiem zarówno na karabin snajperski, jak i wyrzutnie rakiet czy miniguna. Na plus zasługuje jednak dopracowanie każdej broni. Twórcy zadbali o ciekawe alternatywne tryby strzału, a jednocześnie dobrze dopracowali mechanikę strzelania, dzięki temu dość wiernie oddany został rozrzut oraz celność poszczególnych modeli. Ogólnie sam fakt wypluwania ołowiu z lufy jest tutaj dużą przyjemnością.

    Przeciwnicy są tutaj dość zróżnicowani, chodzi ich nazwy wołają o pomsty do nieba. Żołnierze, łowcy i inne to raczej określenia typowe dla ludzi. Oczekiwałbym tutaj czegoś znacznie bardziej klimatycznego. Od czasu do czasu natrafimy na bossów, których eliminacja jest często jeszcze większym wyzwaniem. Na szczęście poziomu trudności nie podnosi nam sztuczna inteligencja. Ta stoi bowiem na relatywnie niskim poziomie. Przeciwnicy potrafią na siebie wpadać, ukrywać się za przeszkodami tak, że łatwo ich trafić czy po prostu czekać na nas bez żadnej aktywności.

    Na osoby akapit zasługuje multiplayer Alien Rage, który teoretycznie powinien w produkcji FPS oferować coś świeżego i przyjemnego w odbiorze. Niestety tak nie jest. Do wyboru oddano nam bowiem tylko dwa tryby rozgrywki: deathmatch i team deathmatch i kilka ciasnych mapek. Ścierają się na nich ludzie i obcy, a więc wszystko teoretycznie wpisuje się w klimat. Niestety brak tutaj jakiejkolwiek świeżości i wartości dodatniej, która przyciągałaby nas do Alien Rage na dłużej niż tylko te 6 godzin kampanii.