Odkąd pamiętam gry typu multiplayer (nie MMO) głównie bazowały na czasach, kiedy to człowiek do siania popłochu i zniszczenia używał mniej lub bardziej wymyślnej broni palnej. W segmencie tym już dawno nie było produkcji, która by dała graczom możliwość przysłowiowego, tytułowego siekania i rąbania. Dlatego też z takim entuzjazmem przyjąłem zapowiedź nowej gry Torn Banner StudiosChivalry: Medieval Warfare, którą w skrócie można opisać nie inaczej, jak średniowiecznego CounterStrike’a.

Chivalry to jedna z tych produkcji, które swój początek miały jako modyfikacja do innej gry. W tym przypadku pierwowzorem było Age of Chivalry, które przekształcało Half-Life’a 2 w miejsce średniowiecznych potyczek. Opisywane dziś rozwinięcie tego pomysłu wykorzystuje rozwiązania z moda, ale jest od niego o wiele bardziej rozbudowane i ambitne. Całość oparto na Unreal Engine 3.0, a więc teoretycznie powinniśmy nie tylko mieć nad czym wymachiwać mieczem, ale też na co popatrzeć. Reasumując całość w założeniu miała być prosta, przyjemna i… krwawa. Czy taka mieszanka jest jednak grywalna?

    Przyznam szczerze, że do Chivalry początkowo podchodziłem bardzo ostrożnie, bo jest to tytuł dość specyficzny. Nieczęsto bowiem trafiają się produkcje, w których ponad 60 graczy biega po jednej arenie i tłucze się po głowach oburęcznymi mieczami, halabardami i innym ciężki żelastwem. Co więcej, całość ukazano z perspektywy pierwszej osoby, czyli niczym w FPS-ie. Czy zatem moje obawy były słuszne?

     

    Dzikość w sercu, krew na monitorze – oto Chivalry

    Akcja Chivalry: Medieval Warfare rozgrywa się w samym sercu średniowiecza. Czuć to na każdym kroku – zarówno podczas biegania po klimatycznych planszach, jak i tuż po zdzieleniu przeciwnika mieczem oburęcznym. A wierzcie mi, że zarówno jedno i drugie będziecie tutaj robić niezwykle często. Od razu na wstępie trzeba zaznaczyć, że nie jest to gra, o której producent szybko zapomniał po premierze. Przez dwa tygodnie testowania zdołałem już otrzymać minimum trzy aktualizacje, z czego najmniejsza ważyła 700 MB, a największa 1,3 GB. Widać zatem, że Chivalry z każdym tygodniem rośnie w siłę, a twórcom nie brakuje motywacji. Zresztą czemuż by miało, skoro serwery są często wypełnione po brzegi głodnymi krwi rycerzami?

    O co jednak tak naprawdę tutaj chodzi? Fabuła jest właściwie nieistotna, bo i tak nikt na nią nie zwraca uwagi. Mamy dwie zwaśnione frakcje –  Rycerzy Agathii i Zakon Masonów – które wzajemnie napadają na swoje fortece i piorą po tyłkach ile tylko wlezie. Wygra oczywiście ta, która okaże się silniejsza i skuteczniejsza od przeciwnika. Opowieść ta nie należy do najmocniejszych stron produkcji i bardzo dobrze! Nie zniósłbym, gdyby producent na siłę chciał podciągać pod bezmyślną łupankę jakąś ambitną fabułę.

    Jak wspomniałem na serwerach Chivalry graczy nie brakuje. Po znalezieniu miejsca na którymkolwiek z nich, przystępujemy na ogół do wyboru frakcji oraz naszej  profesji. Możemy tutaj zdecydować się na łucznika, ciężkozbrojnego rycerza, lekkozbrojnego piechura albo halabardnika. Naturalnie im więcej żelastwa będziemy mieli na sobie, tym wolniej będziemy się poruszać, więc wynik starcia piechura z okutym w pancerz płytowy halabardnikiem wcale nie musi być taki oczywisty. Naturalnie im więcej żelastwa będziemy mieli na sobie, tym wolniej będziemy się poruszać, więc wynik starcia piechura z okutym w pancerz płytowy halabardnikiem wcale nie musi być taki oczywisty. Tym bardziej, że każda profesja posiada unikatowe umiejętności i bonusy do wybranych czynności. I to jest w Chivalry najlepsze – doskonale wyważona rozgrywka. Trudno tutaj znaleźć jakieś prawidłowości i przewagi konkretnych rozwiązań nad innymi. Miecz oburęczny to miecz oburęczny, a topór to topór – obie bronie sieją zniszczenie z podobnym skutkiem, choć bez wątpienia w odmienny sposób (co opisano za pomocą atrybutów: siła, zasięg, szybkość).

    Samo uzbrojenie niesie za sobą kolejną gamę możliwości. Zależnie od wybranej profesji, otrzymamy dostęp do innych narzędzi zagłady. Co więcej z czasem będziemy mogli je ulepszać, co sprawi, że gracze bardziej obyci w bojach będą mieli pewną przewagę nad młokosami. Nie zauważyłem jednak, żeby było to aż tak znaczące, żeby mogło zakłócić równowagę rozgrywki (nie licząc oręża do walki na dystans – długi łuk angielski naprawdę robi różnicę).

    Wspomniana łupanka nie jest szczególnie efektowna, aczkolwiek nadzwyczaj krótka i dynamiczna. Można wręcz odnieść wrażenie, że przez większość czasu szukamy przeciwników, z którymi możemy stanąć w szranki. Same pojedynki nie trwają długo, zwłaszcza jeżeli żadna ze stron nie dysponuje tarczą, ale nawet to niewiele daje ze względu na bardzo szybko spadającą staminę. Całość właściwie ogranicza się do jednego celnego uderzenia. Rzadko zdarzało mi się skutecznie sparować jakikolwiek cios w ferworze walki (co zresztą zaobserwowałem też u innych graczy). Jeżeli zatem liczycie na długotrwałe i spektakularne pokazy szermierki, Chivalry Was rozczaruje.

    Niemniej twórcy wprowadzili do Chivalry pewne udogodnienia w tym kierunku. Otóż nasz bohater dysponuje gamą kilku manewrów. Ten najbardziej powszechny czyli cięcie poziomo znajdziemy pod prawym przyciskiem myszy. Poruszając rolką w wybranym kierunku będziemy natomiast siekać zza głowy oraz atakować sztychem broni. Każdy cios ma swoje wady i zalety. Przykładowo ataki zza głowy są potężniejsze, ale trwają dłużej i pozbawiają nas jakiejkolwiek zasłony. To jednak nie wszystko, kilka ataków może tworzyć zabójczą kombinację ciosów, co jednak wymaga trochę praktyki i treningów. Ogólnie rzecz biorąc starcia w Chivalry są w bardzo dużym stopniu uzależnione od gracza.  To nie CounterStrike, gdzie nawet młokos raz na jakiś czas fuksem ustrzeli headshota. To nie CounterStrike, gdzie nawet początkujący raz na jakiś czas fuksem ustrzeli headshota. Decydując się na zabawę w tej grze, musicie być świadomi, że przez pierwsze kilka godzin Wasz bohater będzie częściej znajdował się w pozycji leżącej niż stojącej. Dopiero po pierwszych batach i zdobyciu cennego doświadczenia (i bynajmniej nie mam tutaj na myśli żadnych wirtualnych punktów ani poziomów) Chivalry da Wam prawdziwą radość i satysfakcję.

    Na sam koniec warto jeszcze napomknąć o trybach gry, których mamy tutaj pięć. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że w Chivalry celem nie będzie jedynie wycięcie w pień możliwie największej liczby żołdaków. Takie rzeczy robi się w grach, a nie na wojnie, gdzie obowiązuje w końcu strategia! I tak oto docieramy do najważniejszego i dającego najwięcej zabawy trybu gry, jakim jest Team Objective. Naszym zadaniem będzie tutaj na ogół zrealizowanie konkretnego celu, jak np. zabicie wieśniaków w wiosce będącej zapleczem gospodarczym przeciwnika czy eskortowanie wozu z martwymi ciałami do zamku, aby wywołać epidemię. Oczywiście druga strona musi wówczas temu zapobiec. Słowem na nudę i monotonię wywołaną ciągłym zabijaniem bez konkretnego celu narzekać z pewnością nie będziemy. Pozostałe tryby są już raczej klasyczne i nie wyróżniają się niczym szczególnym na tle innych gier.