Ostatnio stało się modne restartowanie popularnych serii gier. Na ogół wychodzi to średnio, bo gracze jakoś nie mogą albo nie potrafią przyzwyczaić się i polubić nowej konwencji oraz bohaterów, patrząc na to przez pryzmat tego, co było kiedy (ech, sentymenty). Restartu doczekał się już Prince of Persia, Splinter Cell, a niebawem czeka to kultowego Tomb Raidera. Nie próżnuje też Capcom, serwując nam zupełnie nowe spojrzenie na serię Devil May Cry. I właśnie tą ostatnią produkcją chciałbym się dziś zająć… z demoniczną ochotą!

Nowy Devil May Cry to również symboliczna zmiana nazwy na skrótowiec „DMC„. Nie jest to jedynie zabieg kosmetyczny bo w grze zmieniono ogrom elementów fabularnych, a nowi bohaterowie to jakby postacie wycięte z innej bajki. Jedyne, czym DMC: Devil May Cry nawiązuje do poprzednich odsłon, to nieustanna, efektowna siekanina z kilogramami czarnego humoru – tego po raz kolejny będziemy tego tu mieli pod dostatkiem. Ale czy to wystarczy, aby podbić serca fanów i skłonić ich do wyciągnięcia portfeli?

[youtube id=”oMfVLS4NNuY” width=”590″ height=”350″ align=”center” caption=”Premierowy trailer DMC: Devil May Cry”]

DMC: Devil May Cry od samego początku wywoływała kontrowersje. Najpierw gracze obrzucili Capcom pomidorami za przekazanie produkcji nowemu studiu z dalekiego… zachodu (a konkretnie Wielkiej Brytanii), czyli Ninja Theory. Kolejnym wizerunkowym strzałem w stopę była zapowiedź nowej postaci głównego bohatera – lekkoducha o aparycji emo i nieco zniewieściałym obliczu. Krótko mówiąc klimat mangi i anime poszedł… na drzewo i musiał ustąpić typowo zachodniemu wzornictwu, które, mimo pierwszego szoku, okazało się strzałem w dziesiątkę!

    Moja recenzja nie będzie pisana z perspektywy hardkorowego fana, ślepo zapatrzonego w pierwsze cztery odsłony serii. Przyznaję otwarcie, że miałem do czynienia jedynie z trójką i czwórką, z czego udało mi się ukończyć jedynie tę ostatnią. Nie ukrywam, że zapewniła mi ona ogrom świetnej zabawy, choć momentami przytłaczała typowym dla japońskich produkcji klimatem. Zaryzykuję zatem stwierdzenie, że Capcom, decydując się na zmiany, prawdopodobnie myślał o graczach mojego pokroju…

     

    Nowy świat, nowi bohaterowie, konwencja ta sama

    DMC: Devil May Cry rozpoczyna się w momencie, gdy Dante czerpie pełnymi garściami z życia w nocnych klubach i ramionach kolejnych striptizerek, z którymi ląduje w swojej przyczepie kempingowej. Jak to jednak w grach bywa (albo i nie), nad ranem nie tylko trzeba leczyć kaca, ale też stawić czoła ogromnemu demonowi, który ubzdurał sobie, że dziś jest właśnie dobry dzień na wykonanie wyroku śmierci. Tym samym Dante poznaje uroczą Kat, która przybywa mu z pomocą.

    Początek gry jest jak kilogram ładunków wybuchowych podłożonych pod nasze krzesło, które właśnie eksplodują. Początek gry jest jak kilogram ładunków wybuchowych podłożonych pod nasze krzesło, które właśnie eksplodują. Wściekły demon niszczy wszystko wokół, a nic nie robiący sobie z tego Dante korzysta z okazji, by… się ubrać. Szczytem absurdu, który jednocześnie idealnie oddaje konwencję DMC: Devil May Cry jest scena, gdy bohater przelatuje przez okna swojej demolowanej właśnie przyczepy, ubierając jednocześnie spodnie i buty. Fakt, że przedtem był całkiem nagi ukrywają jedynie wirujące elementy wyposażenia i kawałki pizzy zakrywające to i owo. Daje obuchem po głowie, prawda? A to dopiero początek!

    Świat, w którym przyjdzie nam walczyć z demonami niczym nie przypomina utrzymywanej w konwencji fantasy krainy z poprzednich odsłon. Tym razem mamy tutaj do czynienia z realiami bardzo bliskimi do rzeczywistych. Potężny demon Mundus pełni absolutną władzę nad światem, karmiąc ludzi medialnymi kłamstwami emitowanymi w telewizji i pojąc napojami z odurzającą substancją. Siłą rzeczy zatem społeczeństwo jest nawet nieświadome tego, że ziemią rządzą demony, a najsilniejszy z nich owinął sobie wokół palca politykę, biznes i media, obsadzając je swoimi sługami (ukrywającymi się pod postacią ludzi, rzecz jasna). W tych realiach Dante, syn Spardy (demona) i Evy (anielicy) będzie, jak się nietrudno domyślić, jedyną nadzieją na pokonanie Mundusa. Trzeba tutaj zaznaczyć, że wszystkie te elementy są bardzo spójne i dopasowane do siebie, przez co nie mamy wrażenia, że twórcy układali fabułę pod wpływem środków wyskokowych, dając się ponieść wyobraźni (czy też czemukolwiek innemu…). Nie spodziewajcie się jednak wybitnej fabuły z szeregiem zaskakujących zwrotów akcji i oryginalnych zabiegów. Jest to mocno liniowa (choć zakończona mocnym tąpnięciem), solidna i wciągająca historia, która zaspokoi naszą ciekawość i odpowiednio wyjaśni motywacje oraz przeszłość bohaterów, doprowadzając po sznurku do wielkiego finału. Co ciekawe, twórcy zrobili całość tak, by wiele elementów nawiązywało do klasycznej, trzeciej odsłony serii, a sam koniec zostawiał otwarte na oścież drzwi dla sequeli.

    Akcja gry toczy się w dwóch wymiarach. W rzeczywistości znanej wszystkim szarym zjadaczom chleba Dante nie będzie się w sumie różnił niczym, poza nieco ekscentrycznym wyglądem. Prawdziwa zabawa zaczyna się w Limbo, gdzie otoczenie przywodzi na myśl niemalże otchłań piekielną. Wszystko jest tam przesiąknięte mrocznymi sceneriami, budynki i urządzenia pogrążone w chaosie oraz ruinie, a na każdym kroku natrafiamy czarną, symbolizującą spaczenie substancję. O samej oprawie graficznej nieco szerzej później. Limbo ma niesamowity, unikatowy klimat, który bije na głowę wszystko to, z czym mieliśmy do tej pory do czynienia w Devil May Cry. Tutaj zdradzę tylko, że Limbo ma niesamowity, unikatowy klimat, który bije na głowę wszystko to, z czym mieliśmy do tej pory do czynienia w Devil May Cry. Atmosfera ta udziela się tak mocno, że możemy jeszcze lepiej wczuć się w rolę pogromcy demonów i chętniej wziąć odwet na plugawych stworach.

    Na odrębny akapit zasługują cutscenki, które wykonano bardzo porządnie i starannie. Twórcy wykazali się tutaj bardzo dobrym wyczuciem smaku, przeplatając ze sobą elementy czarnego humoru z umiarkowanym patetyzmem i ukrytą metaforą dzisiejszego społeczeństwa. No bo czym innym może być zepsuty do cna, opanowany przez demony z ludzką twarzą świat działający w oparciu o zasady konsumpcjonizmu i hedonizmu?

    Nowy Dante, to postać, której nie sposób nie polubić. Starsi gracze będą pewnie zawiedzeni, że zamiast błyskotliwych, ciętych żartów z jego ust najczęściej usłyszymy przekleństwa, co jednak jest dość mocno uwarunkowane nową konwencją. Wyobraźcie sobie tylko młodego anarchistę mającego cały świat w końcowym odcinku przewodu pokarmowego, którego elokwencja stoi na poziomie wykształciucha z ciętym językiem. Coś by tutaj nie „zatrybiło”, prawda? A tymczasem dostajemy na tacy ciemnowłosego chłopaka, z którym zapewne niejeden gracz będzie mógł się z powodzeniem utożsamić, wzmacniając tym samym satysfakcję płynącą z rozgrywki.