Slasher niedzielny – recenzja Ninja Gaiden 3

Nie debiutuję tu z jakąś specjalną rubryką. Nie zatytułowałem tak artykułu ze względu na porę tygodnia, gdy jest on publikowany. Ninja Gaiden 3 to po prostu taka gra niedzielna – mało wymagający slasher, który odpalamy w leniwe popołudnie końca tygodnia. Choć na pewno nie po powrocie z kościoła.

Liczba dodana do tytułu gry zwiastuje kontynuację serii, niestety wątpliwe, że spodoba się ona fanom poprzednich części, gdyż Ninja Gaiden zawodzi na każdym kroku. Szczególnie jeśli chodzi o poziom trudności, który dopiero na najwyższej wartości zaczyna przypominać to, co przygody Hayabusy miały zawsze do zaoferowania graczom. Ale zacznijmy od początku – by w pełni obiektywnie i niestety bez sentymentu ocenić tytuł autorstwa japońskiego studia Team NINJA.

A siódmego dnia…

wszystko zapętla się poprzez powtarzające się sekwencje ciosów i quick time eventów, o wykonaniu których do połowy gry się nam przypominaWyrokuję, że Ninja Gaiden 3 nie przypadnie do gustu graczom zaznajomionym już z postacią głównego bohatera jakim jest Ryu Hayabusa. Sam do grona fanów się nie zaliczam, poprzednie części znam pobieżnie i kojarzę głównie z ogromnej trudności, kombinacji ciosów i ciągłych uników i bloków. W poprzednie gry z japońskiej serii grałem mało, gdyż nie miałem ich na własność ale przyznam, że już jako właściciel trójki spodziewałem się po niej dużo więcej. Zwłaszcza po spojrzeniu na cenę tytułu.

Fabuła Ninja Gaiden 3 jest dość spójna – zamaskowany psychopata z chrapką na głównego bohatera daje mu tydzień na ocalenie świata i rozpoczyna się akcja, której cel jest jasny – wyrżnąć wszystkich i wszystko (bo nie zabrakło i w tej serii przedziwnych potworów) co w zasięgu wzroku i katany. System gry jest przewidywalny – kilka plansz walki z powtarzającymi się jednostkami (które wraz z postępem liniowej fabuły zmieniają się tylko graficznie dostosowując do tematyki dnia) i walka z bossem. Efekt jest taki, że przez dłuższy czas zalewają nas hordy terrorystów łamane na genetycznie zmodyfikowanych psów łamane na obrzydliwych kreatur prosto z laboratorium, a my rżniemy radośnie brukając ich krwią okolicę i wewnętrzną część kineskopu naszego telewizora. Juha leje się wszędzie jednak  brakuje latających kończyn znanych z poprzedniczek Ninja Gaiden – wszystko zapętla się poprzez powtarzające się sekwencje ciosów i quick time eventów, o wykonaniu których do połowy gry się nam przypomina (wciśnij x – wciśnij y). Nie mówię, że animacja wygląda źle, do pewnego czasu jest nawet wesoło, gdy opanujemy pewne połączenia guzików i pozachwycamy się wygimnastykowanym Ryu. Wszystko to jednak nudzi się niesamowicie szybko i chętnie przystajemy na cut scenki, które w większości trzymają niezły poziom.

More Stories
Manta MM63
Nowe słuchawki Manta MM63 w ofercie polskiego producenta