Od czasów Fallouta naprawdę ciężko było o dobrą grę w klimatach post-apokalipsy. Metro 2033 było solidnym podmuchem świeżości czerpiącym pełnymi garściami z gatunku survival horroru. Produkcja oparta na prozie Dmitrija Głuchowskiego opisującej życie ludzi skrywających się w moskiewskim metrze po wojnie nuklearnej szybko podbiła serca graczy. Na sequel – Metro: Lat Light – czekaliśmy trzy lata. Czy również okaże się sukcesem?

Prace nad Metro: Last Light trwało dość długo, a w ich trakcie ukraińskie studio 4A Games odpowiadające za produkcję musiało sprostać czoła wielu zawirowaniom. Marka, krótko przed premierą, wskutek upadku THQ przeszła bowiem w ręce Deep Silver. Między innymi z tego powodu przesunięto premierę, którą początkowo planowano na marzec. W tym czasie zmieniały się też oczekiwania względem produkcji. Początkowo miała ona bowiem oferować tryb współpracy oraz multiplayer, którego ostatecznie zabrakło. Twórcy tłumaczyli potem, że gdyby nie konieczność poświęcenia tylu godzin trybowi wieloosobowemu, ich produkt mógłby być bardziej dopracowany. Czy tego wymaga? Przekonamy się za chwilę.

[youtube id=”zZrgoPvBxjE” width=”590″ height=”350″ align=”center” caption=”Premierowy trailer Metro: Last Light”]

Warto przy okazji przytoczyć słowa szefa nieistniejącego już THQ. Jason Rubin odwiedził studio twórców serii Metro i podzielił się z mediami relacją ze swojej wizyty. Okazuje się bowiem, że developerzy z 4A Games nie mają łatwego życia. Ich studio mieści się w małej sali, gdzie często brakuje prądu, a także ogrzewania. W rezultacie twórcy podczas pisania kodu musieli borykać się z marznącymi dłoniami, a przerwy w dostawie energii uniemożliwiały im efektywną pracę. W dodatku każdy sprzęt potrzebny do pracy trzeba było szmuglować zza granicy, a budżet przeznaczony na całą produkcję był zaledwie 10 proc. tego, czym dysponują najwięksi konkurenci. Trudno zweryfikować, na ile relacja Rubina jest zgodna z prawdą. Jeżeli praca 4A Games rzeczywiście  odbywała się w tak trudnych warunkach, developerom należy się duży szacunek.

     

     

    Artem, Artem zbudź się…

    Fabuła w Metro: Last Light jest bezpośrednią kontynuacją tego, co wydarzyło się w pierwszej części gry – Metro 2033. W napisaniu scenariusza brał udział sam twórca uniwersum, Dmitrij Głuchowski. W napisaniu scenariusza brał udział sam twórca uniwersum, Dmitrij Głuchowski. Swoją drogą, warto tutaj dodać, że jest on autorem zaledwie dwóch książek w tych realiach – wspomnianego Metro 2033 i Metro 2034. Pozostałe utwory powstały dzięki ciekawej inicjatywie umożliwiającej innym autorom osadzanie swoich powieści w tym uniwersum. Muszę przyznać, że to fantastyczny sposób na rozbudowanie świata i jego nieustanną eksploatację na różnych płaszczyznach. Choć sam nie miałem jeszcze okazji przeczytać żadnej z tych książek, mam zamiar to w najbliższym czasie nadrobić.

    Świat Głuchowskiego jest udręczony wojną atomową, po której ludzie przenieśli się do podziemnych kanałów metra. Utworzyli tutaj swoje własne społeczności oraz nowe reguły, nauczyli się żyć i walczyć ze zmutowanym wskutek promieniowania otoczeniem, a także… podzielili na frakcje. Nie będę zdradzał zbyt wiele z fabuły produkcji, gdyż musiałbym odsłonić przed wami zakończenie poprzedniej części Metro. W sequelu przyjdzie nam nie tylko walczyć z mutantami (w tym z potężnymi, obdarzonymi mocami kinetycznymi Czarnymi), ale też znajdziemy się w samym środku wiszącego na włosku konfliktu, którym udział wezmą trzy najpotężniejsze w metrze frakcje: komuniści z Czerwonej Linii, faszyści budujący nową Rzeszę oraz Zakon, do którego należy nasz główny bohater – Artem.

    [youtube id=”pTqqL8QWXP0″ width=”590″ height=”350″ align=”center” caption=”Tak wygląda życie w metrze.”]

    Należy tutaj zaznaczyć, że obok głównego wątku fabularnego natkniemy się na epizody i drobne przygody, które nas na chwilę odciągną od głównego celu. Wrażenie nieliniowości jest tutaj dość iluzoryczne, bo ciągle podążamy po nitce do kłębka. Cieszy jednak, że twórcy starali się jak tylko mogli, by nam to urozmaicić. Przygotujcie się zatem na kilka zaskakujących zwrotów akcji oraz niespodzianek. W dodatku wszystko to obdarzono drugim, głębszym dnem, które odnosi się do natury ludzkiej oraz filozoficznych aspektów człowieczeństwa, a właściwie jego destrukcyjnego oblicza.

    Metro: Last Light, podobnie jak poprzedniczka, od pierwszych minut rozgrywki tryska z monitora niesamowitym, ciężkim klimatem. Gra nie straciła nic ze swego uroku. Podziemne korytarze metra to w dalszym ciągu jedno z najbardziej barwnych, soczystych i mrocznych miejsc, jakie kiedykolwiek było mi dane widzieć w grach komputerowych. Dowody tego widać niemal na każdym (wirtualnym) kroku. Mieszkańcy schronów żyją własnym życiem – kłócą się między sobą na korytarzach, dyskutują, piją wódkę, zabawiają okoliczne dzieci. Mieszkańcy schronów żyją własnym życiem – kłócą się między sobą na korytarzach, dyskutują, piją wódkę, zabawiają okoliczne dzieci. Gdziekolwiek się nie rozejrzymy, tam coś przyciąga naszą uwagę. A takich smaczków jest masa – zobaczymy m.in. pokaz kankana w wykonaniu skąpo odzianych tancerek na prowizorycznej scenie teatralnej, ociekające potem sale treningowe żołnierzy, a nawet erotyczne tańce przy rurze. Metro: Last Light jest niezwykle bogate pod tym względem i przebija wiele produkcji RPG, które mogą jedynie pozazdrościć grze 4A Games.

    A przecież skupiska ludności to tylko jedna strona medalu. Znacznie więcej czasu spędzimy w mrocznych, opuszczonych korytarzach, gdzie na nasze życie czyhać będą potworne, zmutowane stworzenia, żołnierze wrogich frakcji oraz zwykli bandyci. Tutaj przede wszystkim liczyć się będzie celne oko i umiejętność szybkiego pociągania za spust. Przyda się też trochę spostrzegawczości, bo bez plądrowania zwłok nieszczęśników, którzy byli tu przed nami, długo nie przetrwamy.

    Gra jest bardzo widowiskowa. Względem poprzedniej części uświadczymy tutaj znacznie więcej scenek, w których ledwo umkniemy przed ramionami kostuchy. Mają one w sobie nutkę dramatyzmu, ale znacznie bliżej im do oskryptowanych animacji znanych ze współczesnych FPS-ów typu CoD czy Battlefield. Nie jest to jednak złe, wręcz przeciwnie. Metro: Last Light prezentuje się dzięki temu znacznie lepiej i ciekawiej. Akcja jest przede wszystkim znacznie dynamiczniejsza.